Trasa wyprawy
Adam Osyra

O studencie, który jeździł koleją...

...czyli Skandynawia z biletem InterRail

2 - 11 lipiec 2008

Na wyprawę zdecydowałem się w zasadzie tydzień przed wyjazdem. Od kolegi (pozdrowienia dla Atoma i jego kompana Pawła!) dowiedziałem się o wolnym miejscu w samochodzie do Norwegii. Oni wybierali się tam aby popracować, ja niestety (a może stety!) nie nadaję się do ciężkiej pracy fizycznej więc postanowiłem pojechać turystycznie, aby znów zobaczyć moją Skandynawię (a w szczególności Norwegię - jak na prawdziwego norwegofila przystało)! Kiedyś słyszałem o biletach kolejowych ważnych w całej Europie więc poszukałem informacji na ich temat i szybko znalazłem to czego potrzebowałem: bilet InterRail Global Pass ważny przez 10 dni w ciągu których 5 dni można przeznaczyć na podróż pociągiem. Wybrałem bilet dla młodzieży (od 12 do 26 lat) w drugiej klasie za 159 €. Sprawdziłem połączenia kolejowe w Skandynawii i zobaczyłem, że mogę dotrzeć na koło podbiegunowe, a stamtąd już tylko krok na Lofoty - archipelag wysp na Morzu Norweskim - których nie odwiedziliśmy z siostrą w czasie zeszłorocznej wycieczki na Nordkapp. Pozostało tylko spakować plecak i ruszać przed siebie!

DZIEŃ 1
środa, 2 lipiec 2008

InterRail: teoria vs praktyka

Etap 1: Malmö - Oslo

Po całym dniu jazdy samochodem do Świnoujścia i nocy na promie po siódmej przybijamy do brzegu i czekamy, aż będziemy mogli wyjechać z promu. Trwa to długo ponieważ stoimy na najwyższym pokładzie samochodowym i musimy odczekać aż samochody z niższych wyjadą na nabrzeże w Ystad. Po godzinie udało się! Jesteśmy w Szwecji! Teraz jedziemy do Malmö gdzie chłopaki odstawią mnie do centrum, a sami pojadą w poszukiwaniu pracy do Norwegii .

Jestem w Malmö i pierwsze co muszę zrobić to zaprzyjaźnić się z wypakowanym do granic możliwości plecakiem... w końcu będę go nosił na plecach przez najbliższe 10 dni! No to teraz na dworzec zobaczyć o której mam jakiś pociąg do Göteborga i dowiedzieć czy muszę wykupić miejscówkę lub dopłatę, o której piszą we wszystkich materiałach na temat InterRail. Tutaj pierwsza uwaga techniczna dla osób, które będą chciały kupić ten bilet w Polsce: przeczytajcie wszystko co jest dostępne na jego temat, co powinniście dostać oprócz samego biletu itd. Nie liczcie, że będzie to wiedzieć przemiła pani w kasie międzynarodowej PKP! Jak ją poinstruujecie co ma Wam dać to macie szansę odejść od kasy z kompletem dokumentów (oprócz biletu powinniście dostać okładkę na bilet wraz z planem podróży do uzupełniania, przewodnik podróżnika z informacjami nt. biletu i zniżek oferowanych jego posiadaczom oraz mapę sieci kolejowej w Europie). Po zwróceniu uwagi w kasie, że sam bilet to trochę mało dostałem jeszcze okładkę i mapę z 2007 r. - na szczęście w Norwegii uzupełniłem materiały o tegoroczny przewodnik i mapę sieci kolejowej.

Bilet InterRail Global Pass

Po odstaniu 15 minut w kolejce do kasy w Malmö okazuje się, że na pociągi regionalne w Szwecji nie ma dopłat, można zarezerwować sobie miejsce (to jest właśnie to magiczne 3 € czyli 30 SEK opisane w materiałach) tylko po co? Po tych dobrych wiadomościach ruszam w miasto, mam niecałą godzinę do najbliższego pociągu co okazuje się wystarczającym czasem na obejrzenie centrum Malmö. Wracam na dworzec i wsiadam do pociągu, w którym jest dużo miejsca (dobrze, że nie kupowałem miejscówki) więc nawet jak przyjdzie ktoś z rezerwacją na moje miejsce to przesiądę się obok. Pociąg całkiem wygodny (jak wszystkie w Skandynawii) na poziomie naszego InterCity więc trzygodzinna podróż do Göteborga mija szybko.

Göteborg

W Göteborgu znów chwilę czekam w kolejce do kasy, tym razem żeby ustalić co z dopłatami/rezerwacjami w Norwegii, ponieważ mój następny pociąg do Oslo jest już obsługiwany przez koleje norweskie. Tutaj również okazuje się, że nie ma dopłat, a rezerwacja w tym pociągu jest dobrowolna. Dodatkowo z powodu remontu torów pociągi do Oslo nie kursują z Göteborga bezpośrednio, trzeba najpierw pojechać specjalnym autobusem do stacji Öxnered i tam wsiąść w pociąg jadący do stolicy Norwegii. Ponieważ autobus odjeżdża około 100m od stacji kolejowej pasażer otrzymuje mapkę dojścia do dworca autobusowego, gdzie czekają już pracownicy kolei szwedzkich i wskazują autobusy do których należy wsiąść. I znów mam godzinę na obejrzenie miasta co pozwala jedynie odwiedzić port, zobaczyć Kronhuset (najstarszy budynek zbudowany jak skład broni, amunicji i żywności, a obecnie hala koncertowa) i Gustav Adolfs Torg. Po spacerze po mieście idę na dworzec autobusowy gdzie czeka już autobus do Öxnered. Przed odjazdem pani kierowca przechadzając się przez autobus informuje tonem nieznoszącym sprzeciwu o konieczności zapięcia pasów i co ciekawe wszyscy pasażerowie grzecznie to czynią (ciekawostka: jak wracałem był pan kierowca i pasy już nie musiały być zapięte!).

Norweski pociąg na stacji Öxnered

W Öxnered oprócz dworca nie ma nic (pojechałem wcześniejszym autobusem, żeby móc to stwierdzić), więc godzina do pociągu upłynęła na lekturze przewodnika po Norwegii. W drodze do Oslo, chwilę po przekroczeniu granicy przyszło czterech celników, którzy od zwykłego pasażera różnili się jedynie identyfikatorami na szyi... żadnego munduru, tylko zwykłe t-shirty i jeansy. W sumie o tym, że są to celnicy dowiedziałem sie dopiero po tym jak jeden z nich poprosił o paszport i spytał się czy mam coś do oclenia. Jako, że nie miałem paszportu to pokazałem dowód osobisty, celnik zdziwił się (miał ok. 25 lat i pewnie jeszcze tego prestiżowego dokumentu na oczy nie widział), spytał o coś kolegę po fachu i bez słowa oddał dokument. Zdziwił się również gdy usłyszał, że nie mam ani papierosów ani alkoholu, ale na szczęście nie miał ochoty na przeszukiwanie mojego plecaka (i dobrze... bo nie wiem jakbym się potem spakował!).

O 21:45 byłem w Oslo i zwyczajowo wycieczka do kasy, żeby kupić miejscówkę na nocny pociąg (z obowiązkową rezerwacją) do Trondheim i kolejną na odcinek z Trondheim do Bodø. Kolejna ważna informacja dla InterRailowców w Norwegii: na pociąg między Trondheim i Bodø nie było już miejscówek (50 NOK w kieszeni) i pani w kasie poradziła, żeby zgłosić się do konduktora, który wskaże miejsce. Wtedy ostatecznie przekonałem się, że miejscówki nie są obowiązkowe (chyba, że w opisie pociągu pisze wyraźnie, że jest... ale to też nie do końca... o czym później). Z biletem InterRail wystarczy podejść do konduktora (mającego plan pociągu z zajętymi miejscami), który przydzieli wolne miejsce bez płacenia wspomnianego haraczu.

Wieczór nad fiordem w Oslo

W kasie spędziłem kilka minut więc miałem godzinę na wieczorny spacer po stolicy Norwegii. W ubiegłym roku nie udało nam sie dotrzeć nad Oslofjord więc stał się on głównym celem w ciągu tego krótkiego pobytu w stolicy. Ruszyłem więc w stronę parlamentu i głównej ulicy Oslo Carl Johan Gate, porowadzącej do pałacu króleweskiego. Jak się okazało tak dobrze chodziło mi się po Oslo, że ostatnie kilkaset metrów musiałem pobiec, żeby nie spóźnić się na pociąg, który odjeżdżał o 23:05. Noc w pociągu do Tronheim minęła szybko bo spało się całkiem dobrze: fotele w norweskich pociągach są bardzo wygodne, do tego w każdym nocnym pociągu dostaje się zestaw jednorazowy, w którego skład wchodzą: kocyk, opaska na oczy, dmuchana poduszka i stopery do uszu... ciekawe czy PKP kiedyś zaoferuje taki standard! Hmm... a może lepiej nie, jeszcze ukradną (lub tylko okradną) pasażera razem z tymi dodatkami.

DZIEŃ 2
czwartek, 3 lipiec 2008

Gdzie to koło podbiegunowe?

Etap 2: Oslo - Bodø

Kilka minut przed siódmą pociąg zatrzymał się na stacji Trondheim. Pociąg do Bodø stał już na sąsiednim peronie. W pierwszym wagonie znalazłem konduktora, który kazał mi iść do ostatniego wagonu. Konkretnego miejsca nie wskazał, ale jak już przyszedł sprawdzać bilety to kazał mi się przesiąść o dwa miejsca dalej więc się za bardzo nie nachodziłem. Na sąsiednim siedzeniu siedział zaczytany Duńczyk, który również jechał na Lofoty, ale wcześniej 2 dni chciał spędzić w Bodø. Ja zastanawiałem się nad jedną nocą w tym mieście, pod warunkiem, że znajdę jakiś hostel. Skład jadący na tej trasie był już nieco stary, ale był w zdecydowanie lepszej formie, niż jego równolatki z PKP. Bardzo dobrze prezentowała się wisząca w przejściu mapa sieci kolejowej w Europie, na której można było znaleźć takie kraje jak: Czechosłowacja, NRD, RFN, ZSSR czy Jugosławia!

W drodze na Lofoty

Linia kolejowa Tronheim - Bodø przecina magiczny równoleżnik 66°33'39" N jednak nie udało mi się wypatrzeć z okien pociągu centrum turystycznego, które znajduje się przy drodze na początku koła podbiegunowego. Od początku wyprawy pogoda była dobra: nic z nieba nie padało, było ciepło, tylko czasem wiał jakiś wiaterek. Jadąc na północ miałem nadzieję, że będzie coraz chłodniej, jednak to co zastałem było dużym zaskoczeniem: im wyżej tym cieplej! Wjechałem więc na koło podbiegunowe w krótkim rękawie przy żarze lejącym się z nieba - gdyby nie współrzędne geogoraficzne to prędzej uwierzyłbym, że jestem w jakimś kraju równikowym, a nie na północy naszego kontynentu. W ubiegłym roku przed centrum turystycznym wspomnianym powyżej wiał lodowaty wiatr co pozwalało uwierzyć, że przekracza się ten magiczny równloleżnik, a dalej to już będzie tylko zimniej (co oczywiście okazało się nieprawdą).

W drodze na Lofoty

Do Bodø pociąg przyjechał o 17:25, a prom na Lofoty odpływał o 17:40. To jest cecha komunikacji w Norwegii: tam grafiki są tak ułożone, że promy czekają na pociągi, pociągi czekają na autobusy, a autobusy na promy! Niby wielka zaleta, ale nie w tym przypadku, bo chciałem zostać w Bodø na jedną noc pod warunkiem, że będzie gdzie spać. Zamiast iść na prom udałem się więc do informacji turystycznej, która była w przeciwnym kierunku niż przystań promowa. W tejże informacji dowiedziałem się, że w Bodø nie ma żadnego hostelu, ale nie muszę się martwić, bo hotele są tanie, bo po sezonie (jest to miasto biznesowe i dla nich wakacje to już nie sezon) i pokój jednoosobowy w jakimś hoteliku lub pensjonacie będzie kosztować "tylko" 600 NOK (niecałe 300 zł)! Na szczęście o godzinie 00:45 był następny prom do Moskenes na Lofotach. Jako że miałem kilka godzin to przeszedłem się po mieście i resztę czasu spędziłem na przystani promowej w oczekiwaniu na prom i niezachodzące słońce (które niestety schowało się za górami). Tutaj muszę się czymś pochwalić: gdy już przypłynął prom to udało mi się kupić bilet ze zniżką studencką (25%, która z biletu za 155 NOK robi "jedynie" 116 NOK czyli ok. 50zł), która - jak się później okazało - nie istnieje.

DZIEŃ 3
piątek, 4 lipiec 2008

Nareszcie Lofoty!

Wioska Å - ostatnia na Lofotach

Po 3.5 godzinach przespanych na promie, dotarłem do wioski Moskenes na wyspie Moskenesøy w archipelagu Lofotów. Czekając na prom i widząc liczbę samochodów oczekujących na możliwość przedostania się na Lofoty miałem nadzieję, że 5 km dzielących Moskenes i Å uda mi się przejechać autostopem. Plan być może by wypalił, gdyby nie mój twardy sen... gdy się obudziłem prom był prawie pusty! Oprócz jednego pasażera, który spał równie mocno jak ja i też się dopiero podnosił z foteli (to nie błąd, miejsce do spania składało się z 4 foteli, które wielu - niezbyt licznym o tej porze - turystom służyło jako tymczasowe łóżko) oraz obsługi (która się zupełnie nami nie przejmowała). Po postawieniu stopy na nabrzeżu z trwogą zauważyłem, że nie było tam już żadnego samochodu, który mógłby mnie zabrać na koniec drogi E10, która nosi imię Króla Olafa (Kong Olavs vei). Nie pozostało mi nic innego jak pokonać tę pięciokilometrową trasę pieszo, co o piątej rano i z pełnym plecakiem było bardzo ciekawym doświadczeniem!

Tawerna i stare drewniane rybackie domki w Å

Po niecałej godzinie marszu dotarłem na koniec drogi prowadzącej od kontynentalnej Norwegii do miejscowości o bardzo wdzięcznej nazwie Å - nazwa tej wsi jest bardzo wymowna, ponieważ jest to równocześnie ostatnia litera norweskiego alfabetu. Tak któtka nazwa nastręcza prawdopodobnie Norwegom pewnych problemów, ponieważ zapisują oni tą nazwę również jako Å i Lofoten, czyli Å na Lofotach. Wioska ta jest na tyle duża, że udało mi się obejść ją całą w 15 min. Niestety recepcję hostelu otwierano dopiero o dziewiątej więc miałem 4 godziny na podziwianie jej uroków. Do godziny ósmej udało mi się jeszcze 2 razy obejść wioskę, zwiedzić (przez szybę) muzeum rybackie gdzie można zobaczyć sztandarowy produkt Lofotów czyli stockfish. Do tych suszonych przez kilka miesięcy na powietrzu dorszy trafić było stosunkowo łatwo, ponieważ ich "zapach" unosił sie w powietrzu już kilka metrów od miejsca ich przechowywania.

Domek z pierwszej połowy XIX w.: na partrze znajduje się stara piekarnia, na piętrze był mój pokój

Około godziny ósmej postanowiłem rozprostować plecy na ławeczce, ale w pozycji leżącej... wtedy też okazało się, że godzina, która pozostała do otwarcia recepcji była tylko chwilą! Obudziłem się kilka minut po dziewiątej i udałem się do mekki wszystkich wędrowców, czyli recepcji jednego z dwóch hosteli w tej wsi. Na drzwiach recepcji pierwszego hostelu wisiała kartka informująca o braku wolnych miejsc, w drugim na szczęście znalazło się wolne łóżko dla strudzonego wędrowca (dosłownie)! Pokój w którym znajdowało się upragnione łóżko był czteroosobowy jednak o 9 rano nie było tam nikogo. Po trzeciej nocy spędzonej poza łóżkiem mogę iść spać! W końcu pora dobra jak każda inna - latem na Lofotach i tak nigdy nie robi się ciemno. Po kilku godzinach jestem wyspany i ruszam w teren! W tzw. międzyczasie jedno z łóżek w pokoju zostało zajęte - jak się później okazało był to Japończyk, który od dwóch tygodni podróżuje po Skandynawii. Pozostaje mi więc cicho opuścić pokój i udać się na podbój Lofotów!

Jezioro Ågvatnet na północnym krańcu Å

Wioska jest mała, w 15 minut można obejść ją całą dookoła ale za to okolica jest pełna ścieżek gdzie można chodzić dowoli. W zasadzie ścieżka to za dużo powiedziane... po prostu są to ślady butów, które zostawił inny spragniony norweskiej przyrody piechur. W Norwegii prawo pozwala każdemu człowiekowi chodzić gdzie chce i jak chce, nawet po prywatnych terenach (wtedy jednak po wytyczonych ścieżkach) pod warunkiem, że nie niszczy przyrody. To samo dotyczy rozbijania namiotów: można wszędzie... byle 150 m od najbliższych zabudowań. A więc idę przed siebie, wspinając się na pobliskie wzniesienia można zobaczyć wspaniałą panoramę okolicy: majestatyczne skały wyrastające pionowo z morza, porośnięte trawami, mchami i porostami; błękitne, bezchmurne niebo nad głową; słońce, które bezlitośnie pali i nie pozawala się przed sobą schować (i tak przez cały dzień, schowa się jedynie na chwilę za górami); spokojne morze, w którym odbijające się promienie wyglądają jakby pokrywały je srebrem, a na horyzoncie widać wybrzeże Norwegii i znajdującą się niedaleko wyspę Værøy; wreszcie jezioro Ågvatnet, w którym odbijające się niebo i zieleń porastająca góry sprawia wrażenie, jakby woda była dwukolorowa - niebieska i zielona równocześnie. Jeżeli gdzieś na Ziemi istnieje raj, to na pewno zlokalizowany jest w jakimś zakątku na Lofotach!

Srebrzące się morze oblewające wyspę Værøy

Popołudnie upływa na delektowaniu się pięknem okolicy. Wieczorem postanawiam wybrać się w pobliską górkę, aby zobaczyć z niej główną atrakcję czyli słońce o północy (midnight sun). W pokoju spotykam kolejnego jego mieszkańca - tym razem jest to Pakistańczyk, który aktualnie mieszka i pracuje w Londynie, a od miesiąca jest w podróży po Skandynawii. W domku, w którym jest zlokalizowany pokój, nie ma kuchni, ponieważ dół jest zajęty przez piekarnię serwującą turystom kawę i wypieki prosto z pieca. Kuchnia znajduje się z domku obok, w którym również znajdują się pokoje należące do hostelu. Podczas przygotowywania obiadokolacji spotykam Anglika, który stwierdza, że jestem pierwszym turystą z Polski, którego spotkał! Niestety Anglikom kojarzymy się jedynie z imigracją zarobkową.

Po 21. wyruszam na północną stronę wyspy, mam zamiar zobaczyć dziś słońce o północy! Niestety brak profesjonalnych butów trekingowych (które musiały zostać w domu bo nie chciały się zmieścić w plecaku) daje się szybko we znaki: strome podejścia, kamienie, chaszcze i błoto dają mi do zrozumienia, że nie mam co szukać w wyższych partiach gór. Po niecałych dwóch godzinach postanawiam zawrócić bez osiągnięcia zamierzonego celu ale za to w jednym kawałku! Po północy jestem już w hostelu, postanawiam przechytrzyć góry: jutro pojadę na sąsiednią wyspę gdzie na północnej stronie Flakstadøy będę mógł zobaczyć upragnione słońce, które nie zachodzi!

DZIEŃ 4
sobota, 5 lipiec 2008

W poszukiwaniu (nie)zachodzącego słońca!

Lofoty

Niestety do południa muszę zwolnić tak długo wyczekiwane łóżko. W drugim hostelu zniknęła kartka z informacją, że nie ma wolnych miejsc, więc pewnie łóżko by się znalazło. Ja jednak mam już plany na najbliższą "noc". Do ostatniego autobusu, który zawiezie mnie na północ mam jeszcze dużo czasu - odjeżdża dopiero o 19:10. Na razie rozpoczynam wielkie pakowanie! Rzeczy chyba zaczęły puchnąć, bo mimo tego, że prowiantu ubywa to miejsca w plecaku również! Do południa plecak jest już poskromiony i stoi w kącie pokoju więc mogę iść znów w teren podziwiać dziką przyrodę Lofotów. Od rana pogoda zaczyna się zmieniać: nadal jest upał i bezchmurne niebo, ale zaczyna od czasu do czasu wiać (wieczorem wieje już bez przerwy). Następne kilka godzin wałęsam się po wzgórzach otaczających Å: obowiązkowy obchód wsi i wizyta na jeziorem, którego woda jest równie zimna jak morze. Czas płynie stanowczo za szybko... koniec leniuchowania na świeżym powietrzu! Trzeba coś zjeść, wziąć plecak i w drogę!

Wrzaski mew słychać przez 24h na dobę

Autobus (34 NOK, 50% zniżki z biletem InterRail) zabiera mnie do oddalonego o 34 km miasteczka Ramberg. Przystanek autobusowy znajduje się koło małego supermarketu, oprócz którego nie ma tam nic. Po wyjściu przekonuję się, że wiatr, który wiał w Å to była lekka letnia bryza! Tutaj wieje lodowaty wiatr, który pędzi prosto z Arktyki, a Lofoty są jego pierwszym przystankiem! Do tego niebo spowijają grube chmury, które zasłaniają całe słońce. Jest godzina 20:15 i zastanawiam się czy zostać tu na najbliższe cztery godziny, czy wrócić ostatnim autobusem (ok. 21:30) do Å. Udaje mi się znaleźć osłonięte od wiatru miejsce: wejście do jakiegoś biura na pierwszym piętrze na tyłach supermarketu. Na szczęście to luksusowe miejsce jest z widokiem na północ, gdzie promienie słońca próbują przebić się przez chmury. Wiatr się zmaga i osłonięte do tej pory miejsce co chwila nawiedzane jest przez arktyczne podmuchy wiatru. Rozbijam obóz: karimata, śpiwór w którym siedzę ubrany w polar i kurtkę przeciwdeszczową pomagają mi się ogrzać - nie jest źle, można nawet zrobić sobie kolację!

Słońce o północy, które nie miało zamiaru schować się za horyzont

Cały czas obserwuję niebo, które wydaje się wypogadzać: silny wiatr pcha chmury na zachód i słońce coraz częściej wychodzi zza chmur. W związku z tym postanawiam koczować tam przez kolejne 3 godziny, które wydają się wiecznością! Jest 23:45 więc czas zwinąć obóz i wyjść na otwarty (i mroźny) teren aby zobaczyć słońce! Tak, słońce nie schowało się całkowicie za chmurami i można je podziwiać! Próbuję robić zdjęcia, ale ręce marzną bardzo szybko więc chowam się za zaparkowanym tam wanem. Okazuje się, że jest bez tablic rejestracyjnych i w dodatku otwarty! Czy posłuży mi jako miejsce spoczynku jak już minie północ? Tego nie wiem, na razie koncentruje się na robieniu zdjęć bo północ już za 2 minuty! Słońce jest już nad horyzontem, ale nie zamierza się za niego schować! NARESZCIE! Zobaczyłem to po co tam przyjechałem! Nawet ten lodowaty wiatr przeszkadza jakby mniej. Po paru minutach słońce zaczyna się powoli podnosić i chowa za chmurami.

DZIEŃ 5
niedziela, 6 lipiec 2008

Upał i arktyczny wiatr... czyli norweskie 2 w 1

Etap 3: Bodø - Åndalsnes

Jest piętnaście minut po północy, a ja nie wiem gdzie będę spał. Mam dwa wyjścia: albo złapię jakiegoś stopa i dojadę do Moskenes, gdzie przesiądę się na prom i tam zdrzemnę, albo przeczekam do rana (pierwszy autobus jedzie dopiero o jedenastej) w zaparkowanym niedaleko otwartym wanie. Plan jest prosty: jeżeli w ciągu pół godziny nie zatrzymam żadnego samochodu (i przy okazji nie zamarznę) to wracam na noc do samochodu. Jeszcze nigdy nie jechałem stopem więc mam nadzieję, że się uda. Podobno szczęście sprzyja początkującym, a poza tym jest to jedyna droga na wyspie i jeśli coś pojedzie to na pewno tędy! Po paru minutach nadjeżdża pierwsze auto z norweskimi tablicami, które niestety się nie zatrzymuje (Norwegowie ponoć uważają, że jak ktoś nie ma auta, to jest podejrzanym typem - chociaż słyszałem też opinię autostopowicza, który twierdził że na północy jest łatwiej kogoś zatrzymać). Kolejny samochód nadjeżdża po paru minutach i zwalnia na chwilę, widzę, że jadą nim cztery osoby, które widząc mój plecak przyspieszają - pewnie byśmy się nie pomieścili. Chodnikiem idą w moją stronę dwie osoby. Okazuje się, że są to motocykliści, którzy również obserwowali słońce. Rozmawiamy chwilę i postanawiają mi pomóc w bardzo oryginalny sposób: stajemy w trzy osoby na drodze, aby nikt nie mógł przejechać bez zatrzymania - jak na złość nic nie jedzie! Ustalamy, że jak do rana nic nie złapie to mnie podrzucą, bo też wybierają się w kierunku Moskenes... szkoda, że dopiero rano!

W oczekiwaniu aż poranny prom zabierze mnie do Bodø

Na szczęście chwilę po naszym pożegnaniu drogą jedzie kolejne auto, które nie zraża się widokiem mojego plecaka i zatrzymuje się! Mimo, że siedzi w nim czteroosobowa rodzina, znajduje się i miejsce dla mnie! Jestem uratowany! I to po 20 minutach łapania stopa! Moi dobrodzieje są Aglikami i jadą na wakacje właśnie do Moskenes. Podróż mija w bardzo miłej atmosferze, oczywiście nie może zabraknąć tematu Polaków w Wielkiej Brytanii. Gdy mówię im czym się zajmuję pytają czy mam szansę na dobrą pracę w Polsce, gdy potwierdzam, to widzę że się cieszą - nie wiem czy dlatego, że będzie o jednego Polaka w Anglii mniej, czy dlatego, że jeden młody Polak zostanie w ojczyźnie zamiast wyjeżdżać gdzieś za chlebem (bo i wątek odpływu młodych z kraju ich interesował). Po około 45 minutach jesteśmy w porcie, z którego odpływa prom - niestety czas wyjść z tego wygodnego i ciepłego auta. Pasażerowie pytają o której mam prom więc odpowiadam, że za niecałą godzinę (wydawało mi się, że odpływa około drugiej). Niestety okazuje się, że pierwszy prom jest dopiero o 6:00! Postanawiam się przebrać i tu kolejna niespodzianka: nie mam ubrań! Znów dała o sobie znać moja skleroza: ciuchy zostały w szafie w hostelowym pokoju w Å! Ale nie jest tak źle jak mogłoby się wydawać: mam niecałe pięć godzin do promu i tylko 5 km do hostelu.

Oddalam się od ''ściany Lofotów ''

Kolejna nocna piesza wycieczka do Å. Jestem już wprawiony więc po kwadrans po drugiej jestem w pokoju. Wchodząc oczywiście budzę całe towarzystwo. Oprócz wspomnianych wcześniej Japończyka i Pakistańczyka są jeszcze dwie osoby: chłopak z Brazylii i drugi, którego narodowości nie poznałem. Zabieram rzeczy i idę do sąsiedniego domu gdzie znajduje się pokój telewizyjny i kuchnia. Teraz już mogę się przebrać i przepakować plecak. W międzyczasie przychodzi Japończyk, któremu zachciało się pić, więc rozmawiamy chwilę w kuchni: on ze szklaną soku w ręce, ja z zupką chińską (dobrze, że nie japońską!) na talerzu. Później jeszcze kawa i o 4:30 ruszam w drogę powrotną do Moskenes. Rano chcę być znów w Bodø, żeby kupić (obowiązkową) miejscówkę na nocny pociąg do Tronheim. Po szóstej przypływa prom i przed wejściem chcę kupić bilet ze zniżką studencką, na co chłopak sprzedający bilety informuje mnie, że takiej zniżki nie mają! Zdziwiony mówię mu, że kupiłem takowy bilet kilka dni temu, a on twierdzi, że to niemożliwe i pyta czy mam ten bilet. Miny jaką zrobił gdy zobaczył ów świstek papieru długo nie zapomnę - prawie dostał zawału! Stwierdził, że mam wejść na pokład bo on musi najpierw porozmawiać z szefem i wyjaśnić sprawę, a dopiero poźniej sprzeda mi bilet. Po dwóch długich rozmowach z szefem ustala, że dziewczyna, która sprzedała mi bilet 3 dni wcześniej pomyliła się: bilety studenckie mają tylko na jakieś małe łajby. Nie pozostaje mi nic innego jak kupić bilet bez zniżki, zrobić kilka zdjęć oddalających się Lofotów i iść spać! W końcu nie można gardzić trzema godzinami snu!

Port jachtowy w Bodø

Przed dziesiątą przypływamy do Bodø i pierwsze kroki kieruję - jakże by inaczej - na stację kolejową, aby nabyć rzeczoną miejscówkę. Ku mojemu zdziwieniu kasa w niedziele jest zamknięta przez cały dzień! I to w końcu w dużym - jak na Norwegię - mieście, na końcowej stacji kolei. Bez obowiązkowej rezerwacji ruszam w miasto. Pogoda jeszcze dziwniejsza niż na Lofotach: żar leje się z nieba, a do tego co chwila wieje lodowaty wiatr! Jest mi zimno i ciepło równocześnie. Po kilku godzinach chodzenia po mieście znajduję ławkę, która jest w zacienionym i osłoniętym od wiatru miejscu: jest idealnie, ciepło, ale nie gorąco i bez arktycznego wiatru. Przez najbliższe kilka godzin odpoczywam czytając przewodnik po Norwegii. Późnym popołudniem ruszam na ostatni obchód miasta i około ósmej jestem na dworcu, skąd o 21:10 odjeżdża mój pociąg. Na stacji spotykam Pakistańczyka z hostelu, który właśnie przypłynął i po sprawdzeniu pociągu idzie pozwiedzać miasto. Przed dziewiątą można już wchodzić do pociągu, więc postanawiam znaleźć konduktora. Pani konduktor została namierzona, mówię jej, że mam problem bo nie mam miejscówki, na co ona odpowiada, że to żaden problem i przydziela mi miejsce w jednym z wagonów. Nie pozostaje mi nic innego jak rozsiąść się w fotelu i zasnąć... sen przychodzi szybciej niż się tego spodziewałem.

DZIEŃ 6
poniedziałek, 7 lipiec 2008

W poszukiwaniu troli...

Raumabanen zabierze mnie do Åndalsnes

O 7:40 jestem w Trondheim i mam 45 minut do pociągu do Dombås, gdzie czeka mnie przesiadka do Åndalsnes. Pospacerowałem przy nabrzeżu przy którym znajdowały się stare magazyny stojące na wodzie, w których dziś znajdują się sklepy i biura. Niestety czas płynie zdecydowanie za szybko i czas wracać na dworzec gdzie czeka już pociąg, w którym spędzę jedynie dwie i pół godziny.

O jedenastej pociąg przyjeżdża do Dombås, skąd za nieco ponad godzinę odjedzie pociąg (w zasadzie szynobus) do Åndalsnes. Hasłem reklamowym linii kolejowej Raumabanen z Dombås do Åndalsnes jest kontrasty w idealnej harmonii i trzeba przyznać, że jest to prawda. Pociąg jadąc w dolinie rzeki Raumy pokonuje 650 metrową różnicę wzniesień. Z okien pociągu można podziwiać niezliczoną ilość wodospadów i majestatycznych szczytów gór ze Ścianą Troli (Trollveggen) - szczytem wznoszącym się na wysokość 1800 m. n.p.m. z najwyższą w Europie pionową ścianą o wysokości 1000 metrów, miejscem pielgrzymek wspinaczy z całego świata - włącznie. Po drodze pociąg kilkakrotnie przejeżdża przez kamienne mosty nad rzeką i tunele, z których jeden wykuty wewnątrz góry umożliwia zmianę kierunku jazdy pociągu o 180°. Z głośników cały czas słychać nagrany głos przewodnika, który informuje o mijanych właśnie miejscach, a przy najbardziej atrakcyjnych pociąg zwalnia, umożliwiając tym samym zrobienie zdjęć turystom. Po przejechaniu 142 km w ciągu około 80 minut pociąg dociera do celu.

Panorama Åndalsnes w drodze na szczy Aksla z zaznaczonym hostelem

Miasteczko Åndalsnes leży u ujścia rzeki Raumy do Isfjordu w górach Romsdalu (Romsdalsfjella): turkusowa woda rzeki i fiordu w połączeniu z otaczającymi je górami i ośnieżonymi szczytami w oddali tworzy niepowtarzalny widok. W informacji turystycznej dowiaduję się, że mają tu tylko jeden hostel, co przy tak dużej popularności tego miejsca może stanowić pewien problem (a po dwóch nocach spędzonych poza łóżkiem, nawet całkiem duży problem). Z planem miejscowości i pełen nadziei ruszam w stronę hostelu, który znajduje się ok. 1.5 km od stacji kolejowej. Po przybyciu na miejsce okazuje się, że recepcja jest zamknięta i dopiero za godzinę dowiem się czy mam gdzie spać. Na szczęście znajduje się łóżko w pokoju 6-osobowym (260 NOK za noc ze śniadaniem - ok. 130zł) więc najbliższe dwie noce spędzę w łóżku (jaka miła odmiana)! W norweskich hostelach zawsze są dopłaty do pościeli więc informuję panią w recepcji, że nie potrzebuje pościeli bo mam śpiwór. Recepcjonistka wpada w małą panikę... prosi żebym nie używał śpiwora bo kiedyś ktoś jej jakieś larwy komarów do łóżka przyniósł i od tej pory ma fobię. Mówi, że mogę ją uważać za wariatkę i to, że spałem w nim tylko w hostelu nie jest żadnym argumentem... więc ostatecznie daje mi pościel bez dopłaty bylebym tylko nie spał w śpiworze! Ruszam więc z pościelą do pokoju, w którym (oczywiście) nie ma nikogo, a wolne łóżko poznaję po tym, że nie ma na nim... śpiwora!

Panorama Åndalsnes w drodze na szczy Aksla - na dole po prawej widać pociągi na stacji kolejowej

Teraz nadszedł czas na dygresję na temat bezpieczeństwa w Norwegii: w mojej ocenie jest to najbardziej bezpieczny kraj, w którym byłem - widząc niektóre rzeczy nie wierzyłem własnym oczom! Normalne jest, że w pociągu idąc do wagonu restauracyjnego zabiera się tylko jakieś pieniądze, a resztę zostawia się na fotelu. Normalne jest, że jeśli kobieta zasypia na fotelu, to leżąca w przejściu otwarta torebka z porfelem i komórką na wierzchu będzie tam po jej obudzeniu. Normalne jest, że pokoje wielosobowe w hostelach nie mają zamków w drzwiach, w szafkach czasem się zdarzają: na Lofotach w ogóle nie było małych szafek tylko jedna duża wspólna szafa, a w Åndalsnes były zamki, które pewnie otworzyłoby się spinaczem. Normalne jest, że w otwartych pokojach leżą sobie laptopy, palmtopy czy inny sprzęt elektroniczny. Normalne jest, że jeśli zdrzemniesz się na kilka godzin na promie czy w pociągu to po obudzeniu bagaż będzie stał tam gdzie go zostawiliśmy - nawet jeśli jest to drugi koniec promu czy sąsiedni wagon. Długo mógłbym wymieniać przykłady, które w Polsce są nie do pomyślenia, a tam są "oczywistą oczywistością". Pewnie w dużych miastach (takich jak Oslo) i/lub innych miejscach gdzie jest zbyt dużo imigrantów tzw. pospolite przestępstwa zdarzają się częściej - co nie zmienia faktu, że podróżując po tym kraju, można czuć się bezpiecznie!

Księżyc nad ośnieżonymi górami Romsdalfjordu

Po szybkim ogarnięciu się ruszam na podbój miasteczka i kilka następnych godzin spędzam spacerując po tym bardzo urokliwym miejscu. Jest wieczór i prawie nie ma ludzi, tylko kilka osób siedzi przed przystanią, która jest chyba jedynym miejscem gdzie można coś zjeść. Cisza i spokój w tej turystycznej miejscowości bardzo mnie zdziwiła - szczególnie jak pomyślę co się dzieje w jakimkolwiek kurorcie w Polsce. Po powrocie do pokoju okazuje się, że pozostali goście są nierozmownymi Norwegami, dla których dużym wysiłkiem jest nawet powitanie - nie wiem czy po całym dniu trekingu są tak zmęczeni, czy po prostu jest to ich cecha narodowa. Tutaj jeszcze inna ciekawa obserwacja: mieszkający ze mną w pokoju Norwegowie wieczorem się nie myją! Dwóch przyszło z górskiej wędrówki, po czym się rozebrali i wskoczyli do śpiworów... czyżby nie mieli siły nic zjeść ani nawet iść pod prysznic? Z tymi - jakże ważnymi - pytaniami położyłem się w łóżku co było niesamowitym luksusem...

DZIEŃ 7
wtorek, 8 lipiec 2008

Ach te góry!

Szlak na górę Aksla z Åndalsnes

Rano budzi mnie przeraźliwy dźwięk budzika - trzeba przyznać, że bardzo dobry bo obudziłby chyba nieżywego! Luksusów ciąg dalszy, czyli schodzę na norweskie śniadanie! Dla Norwegów śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia o czym mogłem się przekonać gdy dotarłem do szwedzkiego stołu. Oprócz standardowych produktów takich jak płatki śniadaniowe, kiełbasa, ser, jajka na twardo, białe, ciemne, a nawet chrupkie pieczywo, także typowe dla norweskiego śniadania śledzie (w occie lub sosie pomidorowym) i kiełbasa z renifera. UWAGA: kiełbasa z renifera to paskudztwo! znów dałem się nabrać! w Polsce nawet psy tego nie chcą jeść (informacja z pierwszej ręki! tak więc uważajcie!. Po takim zastrzyku energii ponownie wyruszam do centrum, aby w informacji turystycznej zobaczyć co na najbliższe dwa dni zaproponuje mi Åndalsnes.

Kaplica w wagonie koljowym na bocznicy w Åndalsnes

W okolicach Åndalsnes znajduje się kilkadziesiąt kilometrów szlaków turystycznych, a od Geirangerfjordu (Geirangerfjorden, wpisany na listę światowego dziedzictwa UNESCO i uważany za najpiękniejszy fiord Norwegii), do którego wiedzie Droga Troli (Trollstigen, dosłownie Drabina Troli), dzieli je jedynie ok. 85 km. Niestety całodniowa wycieczka autokarowa w to piękne miejsce kosztuje 1190 NOK (ponad 500zł), więc pozostaje mi trekking w Åndalsnes. Wybór pada na górę Aksla (715 m n.p.m.), wcześniej jednak odwiedzam kaplicę znajdującą się obok stacji kolejowej. Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że kaplica znajduje się w wagonie kolejowym i jest prawdopodobnie jedynym tego typu obiektem na świecie. Po krótkim obchodzie Åndalsnes czas ruszyć w góry! Szlak prawie od początku pnie się po grzbiecie góry, a pojęcie "trawers" w zasadzie nie istnieje. Szlak staje się coraz bardziej stromy i przez to trudny do pokonania bez profesjonalnych butów trekingowych. Chcę jednak dotrzeć do miejsca, skąd będę mógł zobaczyć panoramę Åndalsnes. Nie zrażając się łańcuchami i miejscami bardzo mokrym szlakiem docieram wreszcie do miejsca, gdzie ponad koronami drzew mogę podziwiać całą okolicę! Nie jest to jeszcze szczyt ale po wdrapaniu się na ok. 500 m i przejściu ok. 1.5 km postanawiam zawrócić, póki jeszcze nic sobie nie skręciłem/złamałem. Chyba bardziej niż samo schodzenie stromym szlakiem męczy konieczność uważnego stawiania każdego kroku, a czasem miejsca do zeskoczenia - schodzenie zabiera mi więcej czasu niż wchodzenie co raczej rzadko się zdarza. Zmęczony odwiedzam jeszcze bibliotekę (z darmowym dostępem do internetu) i wracam do hostelu na zasłużony odpoczynek z książką w ręku.

DZIEŃ 8
środa, 9 lipiec 2008

Co ja robie na poligonie?

Etap 4: Åndalsnes - Oslo

Znów budzi mnie przeraźliwy dzwonek w telefonie, jedyne pocieszenie jest takie, że budzi ostatni raz... to była ostatnia noc w hostelu w czasie tej wyprawy. Wizyta w stołówce nie przynosi żadnej niespodzianki - menu dokładnie takie samo jak wczoraj. Teraz wielkie pakowanie (oczywiście nic sie w plecaku nie mieści, rzeczy spuchły jeszcze bardziej!) bo wieczorem opuszczam to wspaniałe miejsce. Około południa zostawiam plecak w recepcji i ruszam (a jakże!) do centrum, tym razem aby sprawdzić czy nocny autobus nie wyparował z rozkładu, bo o 2 w nocy muszę być w Dombås. Zarówno papierowy jak i internetowy rozkład jazdy twierdzą, że autobus na stację kolejową w Dombås jedzie o 23:30 więc spokojnie ruszam w stronę "kąpieliska", które okazuje się polanką na wzgórzu wraz ze żwirową plażą i przystanią jachtową kilka metrów dalej.

Dolina rzeki Raumy

Ruszam więc dalej w stronę kempingu, obok którego wytyczona jest 5 km ścieżka dla biegaczy. Z mapy wynika, że ścieżka za kilkaset metrów skręca w prawo zaraz za jakimś strumykiem, wpadającym do rzeki Raumy. Niestety idąc drogą nie udaje mi się znaleźć tego miejsca (jest jakiś górski potok, ale zdecydowanie za daleko od miejsca startu), ale wytrwale idę dalej prosto drogą, podziwiając rzekę i ośnieżone szczyty gór w oddali. Po przejściu 3 km docieram do wioski Brønnsletten i postanawiam zawrócić. W drodze powrotnej w miejscu gdzie strumień wpadał do rzeki znajduję mapę, z której wynika, że idąc dróżką dotrę w okolice hostelu mijając po drodze pole golfowe (te mam na mapce z informacji turystycznej) i POLIGON! Na szczęście oprócz wielu napisów po norwesku jest jedno zdanie po angielsku: UWAGA! wejście na teren grozi postrzeleniem! Idę więc dzielnie drogą bez wchodzenia w okoliczne krzaki z nadzieją, że żadna zabłąkana kula nie będzie chciała mnie dogonić. Mijając pole golfowe docieram do koszar Wojsk Obrony Kraju (Heimevernet), które są puste, ogrodzone wysokim na 1 m (!) płotem i zupełnie pozbawione ochrony. Już tylko kilkaset metrów dzieli mnie od hostelu, w którym czas odpocząć po 10 km spaceru w pełnym słońcu.

Po 18 ruszam w stronę wsi Veblungsens gdzie znajduje się zabytkowy kościół Grytten (Grytten kirke z 1732 r.), który jest niestety zamknięty. Wracam więc bardzo okrężną drogą do hostelu, gdzie przez resztę wieczoru zbieram siły na dalszą podróż. Późnym wieczorem wyruszam do centrum, gdzie w oczekiwaniu na autobus żegnam się z tym przepięknym kawałkiem norweskiego wybrzeża. Na chwilę przed przyjazdem mojego nocnego autobusu do Oslo przyjeżdżają również dwa autobusy (z Ålesund i Molde). Przy wsiadaniu do autobusu kierowca pyta każdego pasażera gdzie zaczyna swą podróż: w Åndalsnes, Ålesund czy Molde i dopiero sprzedaje bilet do celu podróży. Okazuje się, że pasażerowie, którzy kontynuują podróż nie płacą za bilet w poprzednim autobusie, tylko w tym nocnym ekspresie do Oslo. Jestem ciekaw czy w naszym kraju taki system by zadziałał (jakoś wątpię), czy okazałoby się, że wszyscy zaczynają podróż tutaj, a wcześniejsze autobusy przyjechały puste. Kupuję swój studencki bilet za 95 NOK (40 zł) i ruszam w półtoragodzinną podróż do oddalonego o 105 km Dombås.

DZIEŃ 9
czwartek, 10 lipiec 2008

Dlaczego pociąg odjeżdża beze mnie?

Etap 5: Oslo - København

O 1:10 autobus przyjeżdża na stację kolejową, gdzie dopiero za godzinę przyjedzie pociąg, który zawiezie mnie do Oslo. Pociąg ten objęty jest obowiązkową rezerwacją, ale nauczony poprzednimi (nie)obowiązkowymi dopłatami postanawiam nie kupować miejscówki, mimo, że kasa (o dziwo) jest czynna. Nie sądziłem, że godzina może się tak dłużyć... ale widocznie godzina między 1:10 i 2:10 tak ma! Gdy przyjeżdża pociąg szybko znajduję konduktora, któremu powtarzam moją InterRailową mantrę pt. "mam bilet ale bez miejscówki i co mam zrobić" na co ten bardzo poważnym głosem (próbuje chyba być groźny) mówi: Dlaczego? Mówię mu, że zapomniałem kupić na co on mówi już spokojnym głosem: OK! i przydziela miejsce. Mam teraz cztery i pół godziny na drzemkę, ponieważ kwadrans przed siódmą pociąg dociera do Oslo skąd o 7:00 odjeżdża mój następny pociąg do Göteborga.

W norweskim pociągu

Za kilka godzin opuszczę Norwegię, więc staram się napatrzeć jak najwięcej zanim pociąg przekroczy niezauważalną granicę ze Szwecją - chyba że znów wpadną celnicy. Skład do Göteborga jest prowadzony przez koleje norweskie, więc jest to ostatni moment na wydanie zalegających w portfelu drobniaków: do wydania mam całe 14 NOK więc jako cel obieram automat z kawą. Tutaj przykra niespodzianka: kawa kosztuje 15 NOK, a automat nie ma ochoty dać mi zniżki. Ponieważ kofeina po tej zwariowanej nocy bardzo się przyda, więc zdesperowany zaczynam myśleć skąd wykombinować jedną, małą, okrągłą, dziurawą koronę norweską. Ponieważ nie mam doświadczenia w żebraniu to (chwilowo?) odrzucam ten pomysł i postanawiam zamienić półlitrową plastikową butelkę z kaucją (dokładnie 1 NOK) na gotówkę! Wierząc w zapewnienia konduktorki o tym, że personel kolei chętnie służy pasażerom, postanawiam spróbować potraktować pociąg jako automat do oddawania butelek - skoro stoją w prawie każdym sklepie to czemu nie ich w pociągu! Mówię więc pani konduktor, że mam głupią prośbę (na co ona, że głupie prośby nie istnieją... pewnie zaraz zmieni zdanie), bo chciałbym się napić kawy, a mam tylko 14 NOK i butelkę, którą chętnie zamienię na brakującą koronę. Miła pani bez chwili wahania daje mi żeton do automatu z kawą i z uśmiechem informuje, że butelki nie potrzebuje (dziwne... taka fajna butelka). Po kilkukrotnym zapewnieniu, że nie będę już potrzebował drobnych, z wielkim oporem przyjmuje moje 14 NOK, a ja po chwili staję się szczęśliwym posiadaczem kawy!

Mała kawiarenka w Helsingborg

Przy sprawdzaniu biletów, konduktorzy pytają do jakich stacji udają się pasażerowie, by podstawić właściwą liczbę autobusów do Öxnered. Gdy pociąg dociera do stacji końcowej autobusy do Göteborga (i jeszcze innych miejsc) już czekają przy stacji. Do Göteborga jedzie autobus piętrowy więc oczywiście zajmuję miejsce u góry, żeby mieć jak najlepsze widoki w drodze do celu. Tutaj ciekawostka, o której wspominałem wcześniej: tym razem jazda z zapiętymi pasami nie jest obowiązkowa... czyżby zależało to wyłącznie od płci kierowcy? Na stacji kupuję kuszetkę na nocny ekspres z Malmö do Berlina, która niestety jest obowiązkowa (dla InterRailowców kuszetka kosztuje "jedyne" 150 SEK / 15 €). Po tym fantastycznym zakupie idę na peron gdzie czeka już pociąg do Helsingborga. Początkowo chciałem jechać tym pociągiem prosto do Kopenhagi, ale jeszcze w Norwegii przeczytałem o darmowych (po okazaniu biletu InterRail) promach między Szwecją i Danią. Po co więc zjeżdżać wybrzeżem Szwecji do Malmö i dalej mostem do Kopenhagi, skoro można zobaczyć wybrzeże Danii!

Zamek Kronborg w Helsingør

Wysiadam więc w miejscowości Helsingborg i po półtoragodzinnym zwiedzaniu go płynę promem przez najwęższą częścią cieśniny Öresund (Øresund) do Danii. Promy między obydwoma miastami kursują co 20 min. i tyle też czasu potrzebują aby przepłynąć na drugi brzeg cieśniny. Helsingør znane jest przede wszystkim z "zamku Hamleta" (Kronborg). Ponieważ zamek ten już zwiedzałem, a samego miasteczka nie więc postanawiam spędzić tu godzinkę, włócząc się po wąskich uliczkach tego hanzeatyckiego miasteczka. Tutaj spotyka mnie ciekawa sytuacja: idąc jedną z bocznych uliczek starówki spotykam dwóch imigrantów z południa Europy. Jeden z nich głośno komentuje moją koszulkę, na której znajduje się napis Montenegro i pyta czy tam byłem. Gdy słyszy odpowiedź twierdzącą to mówi, że Serbowie są złymi ludźmi i żebym nie nosił tej koszulki. Nie mam ochoty wdawać się w jakąś dyskusję nt. Bałkanów więc stwierdzam, że Czarnogóra jako kraj jest piękna, a mieszkańców nie znam. Wtedy dowiaduję się, że mój rozmówca jest z Albanii i na odchodnym jeszcze raz prosi, żebym nie nosił tej koszulki - sytuacja może wydawać się groźna, ale w sumie rozmowa była prowadzona w całkiem miłej atmosferze. Idę więc spokojnie dalej wśród wąskich uliczek miasteczka po czym odjeżdżam najbliższym pociągiem do Kopenhagi (kursują również co 20 minut i na szczęście - jak w całej Danii - bez dopłat dla InterRailowców).

Po osiemnastej wita mnie stacja København i pogodowa niespodzianka: leje jak z cebra. Postanawiam, że jak do pół godziny nie przestanie padać to jadę do Malmö. Na szczęście pogoda się poprawia więc ruszam na obchód stolicy Danii, niestety po dwudziestu minutach zaczyna znów intensywnie padać i nie chce przestać. Kilkanaście minut spędzonych pod wiatą przystankową na przeciw ratusza przesądza o powrocie do Szwecji. Po kilku minutach pociąg wjeżdża w trzykilometrowy podmorski tunel, aby po chwili wyjechać na sztucznej wyspie, z której już mostem nad wodami cieśniny Öresund przejechać do Malmö.

Malmö

O dwudziestej byłem w Malmö i po tym dość wyczerpującym dniu postanowiłem poczekać na dworcu na nocny ekspres do Berlina, który odjeżdżał o 21:32. Około 21 z głośników słyszę informację o opóźnieniu jakiegoś pociągu, a chwilę po tym również informację o opóźnieniu ekspresu do Berlina więc spokojnie siadam w hali dworca i czekam na dalsze informacje. Na peronach nie ma żadnych ławek więc czekując na pociąg nadal siedzę w głównej poczekalni dworca. W międzyczasie na tablicy odjazdów zmienia się numer toru, z którego odjedzie mój pociąg. Kilka minut po planowanej godzinie odjazdu pociągu głos w głośnikach obwieszcza, że pociąg jest już gotowy do przyjęcia pasażerów i zaprasza do zajmowania miejsc. Idę więc na peron i widzę jak pociąg rusza! Dobiegam do odjeżdżającego pociągu co nie robi żadnego wrażenia na konduktorze w ostatnim wagonie, jedyne co mogę zrobić to pomachać mu wykupioną miejscówką! Pierwszy raz w ciągu dziesięciodniowej wyprawy okazało się, że informacja z megafonów i faktyczne odjazdy pociągów to dwa różne światy! Wiem... moja wina bo mogłem stać na chłodnym peronie zamiast grzać sie w hali dworca! Oczywiście o tej (jakże późnej!) godzinie wszystkie kasy i informacja kolejowa są zamknięta, udaje mi się złapać jakiegoś kolejarza w budce na peronie, w której coś miesza z miejscówkami. Jedyne co może mi poradzić, to żebym złapał taksówkę do oddalonego o ok. 25 km Trelleborga, gdzie pociąg będzie wjeżdżał na prom do Sassnitz. Plan niby dobry ale ma jeden feler: za taksówkę zapłaciłbym ponad 300zł! Jestem wściekły, ale jedyne co mogę zrobić to wrócić do Kopenhagi i stamtąd łapać jakieś połączenie do Niemiec. Owo połączenie znalazłem podczas planowania wyprawy, ale wybrałem wygodny nocny ekspres z kuszetką, który jedzie sobie do Berlina beze mnie! Cały dalszy plan podróży oczywiście też wzięło w łeb. Pierwotnie zakładałem, że wrócę przez Berlin, Pragę i Czeski Cieszyn. Było to optymalne połączenie ponieważ bilet InterRail nie jest ważny w kraju zamieszkania, a z Cieszyna do Chorzowa jest już stosunkowo blisko i nie będę musiał zbytnio sponsorować PKP.

Ratusz w Kopenhadze w przerwie między ulewami

Na szczęście za 10 minut odjeżdża pociąg do Kopenhagi i ok. 22:40 jestem znów w stolicy Danii. W otwartej (o dziwo!) kasie próbuję dowiedzieć się o której odjeżdża najbliższy pociąg do Berlina lub Hamburga. W odpowiedzi słyszę bardzo lakoniczną odpowiedź, że rano po 7. Faktycznie na rozkładzie znajduję ten bezpośredni pociąg do Hamburga, ale wiem, że jest jeszcze jakieś połączenie z przesiadkami. Widząc, że w kasie nic nie wskóram, decyduję się skorzystać z samoobsługowej kafejki internetowej. Po zapłaceniu 19 DKK mogę godzinę surfować w internecie w poszukiwaniu jakiegoś połączenia do domu. Udaje mi się znaleźć nocne połączenie do Hamburga więc rano będę już w Niemczech, wadą jest jednak dwukrotna przesiadka.

DZIEŃ 10
piątek, 11 lipiec 2008

Długi powrót do domu...

Etap 10

Pociąg odjeżdża dopiero o 2:07 więc najbliższe trzy godziny spędzam na dworcu, bo nie mam ani siły ani ochoty włóczyć się po Kopenhadze. Pociąg jest podstawiony przed drugą więc zajmuję wygodne miejsce i w rekordowo szybkim tempie zasypiam! Nagle ktoś mnie budzi - to konduktorka z wielkimi wyrzutami sumienia w oczach prosi o bilet. Na szczęście cała operacja trwa kilka sekund i znów mogę się zdrzemnąć. Około 4:40 pociąg dociera do stacji Fredercia, gdzie podobnie jak inni pasażerowie czekający na dalszą podróż, rozkładam się na ławce w poczekalni w nadziei, że zasnę chociaż na 1.5 godziny. Niestety sen nie chce przyjść i na następny pociąg o 6.40 przyjdzie mi czekać bez zmrużenia oka. Na szczęście znów udaje mi się zdrzemnąć przez godzinę w pociągu, który o 7:50 dociera do przygranicznej miejscowości Padborg, gdzie czeka już kolejny, podstawiony przez koleje niemieckie pociąg.

Dworzec kolejowy w Hamburgu

Kwadrans po dziesiątej wysiadam na stacji Hamburg. Do najbliższego pociągu do Berlina mam niecałe 50 min. więc szukam kasy, gdzie ustalę co z dopłatami na kolei w Niemczech. W materiałach InterRail pisze, że w Niemczech obowiązują dopłaty, co potwierdza internetowa wyszukiwarka połączeń, gdzie pisze wyraźnie: dopłata - nie jak gdzie indziej obowiązkowa rezerwacja. Na moje szczęście w kasie słyszę, że żadnych dopłat nie ma (mam przecież bilet więc za co chce dopłacać? niby logiczne...), a miejscówki system nie chce sprzedać bo jest zbyt mało czasu do odjazdu i/lub nie ma miejsc (Pani w kasie nie bardzo radzi sobie z angielskim, ale z pomocą kolegi udaje jej się porozumieć). Po przyjeździe pociągu rozglądam się za wolnym miejscem, ale nie żadnego nie widzę, za to młoda Niemka rozbija obóz w przejściu przy drzwiach, więc postanawiam zrobić to samo. Okazuje się to być dobrym rozwiązaniem: mogę swobodnie rozprostować nogi, a na przeciw mnie znajduje się ekran, na którym wyświetlana jest aktualna prędkość pociągu na zmianę ze szczegółami dotyczącymi trasy przejazu. Pociąg, którym jadę to szybki InterCityExpress do Monachium, który prawie cały czas jedzie z prędkością 228 km/h!

Czekając na pociąg z Berlina do Cottbus

Po pokonaniu dystansu 291 km w ciągu 96 minut pociąg dociera do Berlina. W drodze zastanawiam się jak długo tę trasę przemierzyłby skład PKP? Dziś sprawdziłem: 294 km z Zabrza do Krościana pociąg pospieszny (!) przejeżdża dokładnie w cztery i pół godziny czyli 3 razy dłużej niż skład Deutsche Bahn! W Berlinie mam tylko 20 minut do pociągu do Cottbus więc od razu zaczynam szukać właściwego peronu na tym wielopoziomowym dworcu. Gdy dwa piętra wyżej odnajduje go okazuje się, że z powodu jakiegoś wypadku kilka pociągów ma opóźnienia. Problem ten dotyczy również mojego pociągu, który ma jedynie kwadrans opóźnienia, a nie jak inne, które mają nawet kilkugodzinne. Pytam obsługę dworca czy mam szansę zdążyć na pociąg, który w Cottbus odjeżdża 10 min po planowym przyjeździe pociągu z Berlina, odpowiedź brzmi: może się uda. Mam też taką nadzieję, bo skoro pociąg jedzie prawie dwie godziny, to powinien nadgonić 15 minut opóźnienia. Niestety nie w Niemczech... tam pociąg jedzie swoim rytmem i ani myśli przyspieszyć, więc do celu dociera z identycznym opóźnieniem jak w Berlinie! Przy kontroli biletów spytałem konduktorkę czy jest szansa, że pociąg do Görlitz będzie czekać. Również nie potrafi jednoznacznie odpowiedzieć, ale obiecuje, że wyśle maila do szefa i mi przyjdzie powiedzieć. Oczywiście nie przychodzi, ale przynajmniej informuje przez głośniki na kilka minut przed stacją końcową, że pociągi w Cottbus czekają. W Cottbus wyskakuję więc szybko z pociągu i wsiadam do pociągu na sąsiednim torze, który zabierze mnie do Görlitz.

Wyruszam na ostatni spacer z dworca w Görlitz do Zgorzelca

W pociągu kolejna niespodzianka: linia z Cottbus do Zittau, jest prywatna i bilety InterRail nie obowiązują! Niestety w żadnych materiałach dołączanych do biletu nie ma na ten temat ani słowa. Jestem zaskoczony tym bardziej, że w poprzednim pociągu mówiłem konduktorce, że dalej jadę do Görlitz, a ona mając w ręce mój bilet nic nie powiedziała, że tam nie jadą koleje niemieckie. Ponieważ konduktorka w tym prywatnym szynobusie prawie nie mówi po angielsku - przez większość rozmowy mówi na zmianę: no i niet (?) - więc nie widząc sensu dalszej dyskusji pyta mnie czy jadę do Görlitz. Gdy potwierdzam to macha tylko ręką i odchodzi... nie wiem czy nie miała siły na dalszą rozmowę, czy InterRailowcy psują jej humor częściej i ma już tego dość - ważny jest efekt końcowy: 16 € pozostanie bez szwanku w moim portfelu. Po nieco ponad godzinie jazdy docieram do Görlitz. Jedyna możliwość aby do Görlitz dojechać z Cottbus kolejami niemieckimi to o 3 godziny dłuższa wycieczka przez Drezno lub o godzinę dłuższa jeśli jechać do Drezna prosto z Berlina. Po wyjściu z pociągu widzę nawet skład PKP, który za godzinę wyrusza z tego niemieckiego miasteczka, aby po kilku minutach dotrzeć na stację Zgorzelec Miasto. Ponieważ bilet InterRail ważny jest tylko do granicy (choć wydaje mi się, że jest ważny do PIERWSZEJ stacji w kraju zamieszkania - niestety w materiałach PKP nie jest to wprost napisane) to prawdopodobnie za przejazd do Zgorzelca musiałbym płacić normalną taryfę międzynarodową, na co nie mam najmniejszej ochoty. Postanawiam więc zobaczyć oba te miasta i wsiąść do pociągu do Wrocławia już po polskiej stronie. Z mapki wynika, że do mostu granicznego jest blisko, więc dojście na stację Zgorzelec Miasto nie powinna zająć więcej niż 40 minut.

Mimo, że już w polskim pociągu to myślami wciąż w Norwegii

Idąc nabrzeżem Nysy Łużyckiej odnajduję most graniczny, którym przechodzę do Zgorzelca i pytam stojącego obok taksówkarza jak dojść na dworzec. Ten wskazuje mi drogę, więc pytam jeszcze o odległość, na co słyszę: ok. 2.5 km! Okazuje się, że w Zgorzelcu stacja "Miasto" oznacza peryferia. Żar leje się z nieba, mam 30 min i 2.5 km do przejścia... o czymś takim zawsze marzyłem! Muszę się spieszyć ponieważ jeśli mi ten pociąg ucieknie, to będę miał 2 godziny czekania na następny - witamy w Polsce! Na dworzec docieram 5 minut przed odjazdem pociągu... z Görlitz - przez ten upał myślałem, że pociąg jedzie 10 minut wcześniej! Mam więc całe 15 minut do pociągu, które spędzam na peronie ponieważ dworzec w Zgorzelcu to zamknięta, zdemolowana i prawie już rozebrana ruina! Taki obraz Polski widzą wjeżdżający do Polski obcokrajowcy - brawo PKP! Ponieważ jestem już w Polsce gdzie pasażera traktuje się jak potencjalnego złodzieja to od razu szukam konduktora aby zameldować, że nie mam biletu i chcę go kupić! Przecież to nie do pomyślenia, żeby pasażer usiadł sobie wygodnie w fotelu (i może jeszcze czystym!) i po przyjściu konduktora kupił zwyczajnie bilet - przecież to więcej niż pewne, że chciał okraść PKP jadąc bez biletu! Konduktorka, której mówię, że chcę kupić bilet z lekkim oburzeniem pyta czemu nie kupiłem na stacji? Ze szczerym uśmiechem odpowiadam, że oprócz walącego się budynku, nic nie znalazłem - okazuje się, że gdzieś koło dworca jest jakaś budka, w której sprzedaje się bilety... słyszałem o budkach z gazetami, biletami komunikacji miejskiej ale o budkach PKP jeszcze nie! Gdy pani konduktor przychodzi sprawdzić bilety to sprzedaje mi bilet bez opłaty za wystawienie (!) i z następnej stacji kolejowej (!!) dzięki czemu bilet jest tańszy niż kupiony w budce w Zgorzelcu (oczywiście jeśli bym ją jakoś znalazł)! Jestem szczęśliwym pasażerem PKP: jadę w wagonie klasy pierwszej (oczywiście w czasach świetności czyli jakieś 30 lat temu, teraz jako klasa druga - bo nie ma trzeciej) z wygodnymi 6-osobowymi przedziałami (to co, że drzwi skaczą tak jakby chciały wylecieć) i to z zawrotną prędkością (162 km w 3 godziny)! W ogóle to marketingowcy PKP zaspali, bo główną atrakcją naszych kolei jest stukot kół - zjawisko to nie występuje już w kolejach europejskich!

O 20:40 wysiadam we Wrocławiu z ostatniego juz pociągu, gdzie czeka rodzinka, która zrobiła sobie przymusową wycieczkę do Wrocławia... gdyby nie Oni to w Katowicach byłbym po pierwszej w nocy, ponieważ 6 minut przed przyjazdem pociągu ze Zgorzelca, odjeżdża pociąg do Katowic, cóż PKP nie słyszało o czymś takim synchronizacja połączeń. O 23 szczęśliwie docieramy do domu skąd wyruszałem na 11-dniową wyprawę, z których 10 upłynęło pod znakiem InterRail.

 

Podsumowanie

Środek
transportu
CzasDystans
(km)
pociąg65:474909
prom14:03370
auto11:45884
autobus05:05310
Σ96:406473

Było super - już mam ochotę na kolejną wyprawę z tym biletem! Jest to chyba najlepsza i najtańsza możliwość na zobaczenie kawałka Europy. Ja miałem w prawdzie przygotowany dosyć szczegółowy plan podróży przed wyjazdem, który częściowo uległ zmianie (raz bo chciałem, a raz bo musiałem). Nic nie stoi na przeszkodzie aby jechać z tym biletem w ciemno, nucąc przy okazji "InterRailowy" przebój Maryli Rodowicz - w końcu nie darmo bilet ten jest reklamowany jako dający kompletną wolność jego użytkownikowi! Poniżej zamieściłem szczegółowy plan podróży (kto wie może natchnie kogoś do zorganizowania podobnej wyprawy) oraz linki do stron, z których korzystałem podczas planowania tej wyprawy.

W czasie całej wyprawy w środkach komunikacji spędziłem 4 pełne dni - w końcu po coś ten bilet kupiłem - ale mogę śmiało powiedzieć, że było warto! Skandynawia jest piękna (a Norwegia najpiękniejsza), bilet stosunkowo tani, więc czego więcej chcieć. Przygody, które po drdze miałem, na pewno nie mogłyby by się zdarzyć na wycieczce zorganizowanej (chociaż biura podróży też czasem fundują klientom różne "atrakcje"). Polecam wszystkim, którzy potrafią spakować się do jednego plecaka i nie przeraża ich wizja noclegu w pociągu. Już teraz chodzi mi po głowie kolejna wyprawa (samolotowo-kolejowa) zimą na Lofoty, żeby zobaczyć zorzę polarną. Czy sie uda? nie wiem, ale pomarzyć zawsze można!

 

Plan podróży

Poniżej znajduje się wykaz wszytkich środków transportu z jakich skorzystałem w czasie całej wyprawy. W kolumnie IR znajduje się "dzień podróży" na bilecie InterRail.

DataIRWyjazdZe stacjiPrzyjazdDo stacjiCzas podróżyDystans (km)
01.07.200809:00Chorzów18:00Świnoujście09:00663
23:30Świnoujśie06:30Ystad07:00174
02.07.2008109:00Ystad10:15Malmö01:1562
12:08Malmö15:15Göteborg03:07292
16:30Göteborg17:50Öxnered01:2081
18:37Öxnered21:45Oslo03:08264
223:05Oslo06:57Trondheim07:52484
03.07.200807:40Trondheim17:25Bodø09:45709
04.07.200800:45Bodø04:15Moskenes03:3096
05.07.200819:10Å20:10Ramberg01:0034
06.07.200800:25Ramberg01:10Moskenes00:4529
06:00Moskenes09:15Bodø03:1596
321:10Bodø07:40Trondheim10:30709
07.07.200808:25Trondheim11:01Dombås02:36165
12:15Dombås13:37Åndalsnes01:22114
09.07.200823:30Åndalsnes01:10Dombås01:40106
10.07.2008402:12Dombås06:43Oslo04:31319
07:00Oslo10:04Öxnered03:04264
10:07Öxnered11:30Göteborg01:2381
11:40Göteborg14:04Helsinborg02:24237
16:10Helsinborg16:28Helsingør00:184
17:10Helsingør18:11København01:0143
19:23København19:58Malmö00:3538
22:02Malmö22:37København00:3538
11.07.2008502:07København04:38Fredericia02:31203
06:24Fredericia07:50Padborg01:26107
07:55Padborg10:14Hamburg02:19195
11:03Hamburg12:39Berlin01:36291
13:03Berlin14:53Cottbus01:50128
15:03Cottbus16:12Görlitz01:0993
17:42Zgorzelec20:35Wrocław Główny02:53162
21:00Wrocław23:00Chorzów02:00192
 

Koszty

Poniżej znajduje się zestawienie kosztów transportu i zakwaterowania. Uwaga: ceny i przelicznik orientacyjne ;) zawierają zniżki (studenckie/interrailowe) więc suma końcowa na pewno nie obejmuje wszytkich kosztów 'stałych', nie mówiąc o jedzeniu... ale na szczęście miałem sporo zapasów.

CoKwota w walucie
oryginalnej
Kwota w PLN
Bilet InterRail Global Pass159 EUR545.00
Bilet PKP Zgorzelec - Wrocław~12.00
Dopłaty w Norwegii (zbędne)50 NOK25.00
Kuszetka Malmö - Berlin15 EUR
(150 SEK)
~50.00
Bilet na prom Świnoujście - Ystad~100.00
Bilety na prom Bodø - Moskenes - Bodø270 NOK~135.00
Autobusy w Norwegii130 NOK~65.00
Hostele (3 noce, w tym 2 ze śniadaniem)690 NOK345.00
Paliwo Chorzów - Göteborg~150.00
Internet (1h) w Kopenhadze30 SEK~10.00
Σ~1500.00
 

Przydatne linki

InterRail
 

Kontakt

Jeśli masz jakieś pytania lub uwagi do zamieszczonego tekstu to możesz napisać do mnie na adres imie@nazwisko.com, zastępując imię i nazwisko właściwymi słowami.
Copyright © 2008-2010 Adam Osyra. Wszystkie prawa zastrzeżone.